Geoblog.pl    alatomek    Podróże    Ameryka Południowa    Piękne wodospady i niezwykłe kibicowskie spotkanie...
Zwiń mapę
2008
03
paź

Piękne wodospady i niezwykłe kibicowskie spotkanie...

 
Argentyna
Argentyna, Puerto Iguazú
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 11474 km
 
Podróżując autobusem po Ameryce Południowej zdecydowanie warto bliżej zainteresować się ofertami poszczególnych przewoźników przed udaniem się w długi autokarowy rejs, jako że ceny i warunki przejazdu niejednokrotnie kolosalnie się od siebie różnią a znajdując najkorzystniejszą opcję można zaoszczędzić parę groszy. 22 godziny jazdy do Foz de Iguacu mijają m.in. w towarzystwie puszczanej przez kierowcę bossanovy z lat 70-tych, wydobywającej się z rzężących głośników uniemożliwiających spanie.
Docieramy do Foz i od razu niemal podejmujemy decyzję, by przekroczyć granicę i jako bazę wypadową do wodospadów Iguazu uczynić Puerto Iguazu znajdujące się już po stronie argentyńskiej. Jakże wielkie było nasze zaskoczenie a także radość, której nie skrywaliśmy, gdy zobaczyliśmy ceny artykułów pierwszej potrzeby w pobliskim supermarkecie - żywność tańsza niż w Polsce, litrowe piwo za dolara.
Do tego zatrzymujemy się w hostelu za o wiele mniejszą kasę, niż musielibyśmy wydać w bliźniaczej miejscowości po stronie brazylijskiej.


Nie tracimy czasu i już pierwszego dnia udajemy się, by zobaczyć wodospady, po ujrzeniu których była pierwsza dama USA Eleanor Roosevelt podobno powiedziała: "Biedna Niagara!".
W rzeczywistości na ten wyjątkowy cud natury znajdujący się na granicy dwóch krajów, składa się ok. 275 wodospadów, z których największe mają ok 80 metrów wysokości. Do przejścia są dwie główne trasy, dolna, w kilku miejscach prowadząca pod ogromne strumienie wody, oraz górna, znajdująca się nad wodospadami - oferująca znakomite panoramy całego kompleksu kaskad.
Przejście obydwu z nich zajmuje sporo czasu, bo obok tak cudownego widoku nie da się przemknąć w pośpiechu.
Wodospady są niesamowite, niewyobrażalne, zapierające dech w piersiach.
Do najbardziej atrakcyjnego z nich - wysokiej na 82 i długiej na 150 metrów Gardzieli Diabła prowadzi kolejka elektryczna, ale my idziemy ścieżką, co okazuje się dobrym wyborem, bo mamy okazję zobaczyć niezwykłe kolonie żółtych motyli fruwających tak, jakby się ze sobą bawiły.
Gardziel, do której wiedzie ok. kilometrowy pomost, jest ogromna, przepływające przez nią hektolitry wody wytwarzają ogromny huk, a stojąc nad nią co chwilę zostajemy orzeźwieni wodną mgłą, z czego korzystają też szybujące nad wodospadami ptaki. Budząca respekt kaskada jest też miejscem, z którego można zobaczyć, co oferuje konkurencyjna strona brazylijska.
Konsultujemy się z pracownikami parku, którzy zgodnie mówią: "Brazylia pokazuje ogólną panoramę wodospadów, Argentyna robi show".
Dochodzimy zatem do wniosku, że podarujemy już sobie Foz de Iguazu, a zamiast tego pojedziemy na jeden dzień do Paragwaju, by zobaczyć największą hydroelektryczną inwestycję świata - zaporę Itaipu.
Wieczory w Puerto Iguazu spędzamy przesiadując na ulicznych ławkach próbując sił w posługiwaniu się językiem hiszpańskim zagadywani przez dociekliwych Argentyńczyków. Wykrzesanie resztek edukacyjnych ambicji sprawiło bowiem, że (nie tak jak w przypadku wizyty w Meksyku) nasz zakres hiszpańskiego słownictwa przestał ograniczać się jedynie do dźwięcznego 'puta madre'.

W autobusie do Foz de Iguacu jechała z nami między innymi grupka kilku młodych chłopaków, część z nich w koszulkach jakiegoś zespołu piłkarskiego.
Mówili po hiszpańsku, więc pomyśleliśmy że pewnie są Argentyńczykami jadącymi do domu.
Przed wyjazdem zrobiło się wokół nich jakieś zamieszanie, z którego wywnioskowaliśmy, że paru z nich chciało jechać na gapę. Podczas jazdy chłopaki robili lekkie 'bydło', ale ogólnie byli mili i przyjaźni.
Podczas każdego postoju jeden z nich równo rozdawał reszcie dopiero co zakupione jedzenie oraz napoje a groszem widać było, nie śmierdzieli. Na jednym z przystanków chcieli sprzedać reszcie podróżnych zegar ścienny za kilka reali - pewnie łup z jakiegoś hotelu.
Po znalezieniu najtańszego hostelu w Puerto Iguazu, udaliśmy się na wodospady a gdy wróciliśmy zastaliśmy w kuchni dwóch z nich gotujących obiad. Od razu nas poznali i zaczęła się rozmowa. Jak się okazało, byli to Kolumbijczycy, kibice klubu America de Cali, którzy przyjechali za swoją drużyną na mecz Copa Libertadores (odpowiednik europejskiej Ligi Mistrzów) z brazylijskim Botafago.
Ich podróż w jedną stronę miała trwać ok. 5 dni, dlatego też oszczędzali jak mogli. To się nazywa kibicowski fanatyzm!
- Ilu was tu jest?
- Siedmiu, ale cicho, bo zapłaciliśmy tylko za dwóch a reszta śpi na lewo!
I po kolei donosili talerze pełne ryżu i mięsa do pokoju, w którym czaiła się reszta. Siedząc w kuchni popijając piwo jak na piłkarskich fanatyków przystało, wymienialiśmy się informacjami o drużynach i kibicach w naszych krajach.
Kolumbijczycy pokazywali klubowe tatuaże, dyskutowaliśmy o piłce itd. Na końcu z jednym z nich wymieniłem się na różańce - ja ofiarowałem polski perfumowany z wizerunkiem JPII a w zamian dostałem klubowy - America de Cali z emblematem klubu - diabłem kopiącym piłkę - w miejscu krzyża.
Obaj byliśmy podjarani tym barterem niesamowicie.
Rano mieliśmy wymienić się jeszcze koszulkami klubowymi, ale najwyraźniej obsługa hostelu zorientowała się w 'kolumbijskim przekręcie' i ferajna musiała opuścić lokal w pośpiechu. Szkoda. (t)
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (16)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 13.5% świata (27 państw)
Zasoby: 176 wpisów176 6 komentarzy6 1454 zdjęcia1454 1 plik multimedialny1
 
Moje podróżewięcej
05.08.2013 - 18.08.2013
 
 
24.07.2010 - 14.08.2010
 
 
01.04.2009 - 29.04.2009